| Strona główna » Recenzje » Recenzja: Dead By Sunrise - Out Of Ashes |  | Dead By Sunrise - Out Of Ashes | Autor: Mariusz Osyra , Data publikacji: 2009-12-01 | 
| | Wydawca: Warner Bros., Data premiery: 2009-10-13 | | | | Znajdź więcej informacji o: Dead By Sunrise | To płyta przyzwoita ale i nie porywająca feerią jakichś oryginalniejszych pomysłów. Ot, po prostu łatwe rockowe numery, czasem ciężkie, czasem rozbrajająco słodkie, bez piętrzenia zwrotów czy jakiejś bardziej wyszukanej melodyki, poza tą przyjazną rockowym stacjom radiowym. Chester Bennington podobnie jak w ostatnich dokonaniach jego macierzystego zespołu Linkin Park kładzie nacisk na melodyjność nowych piosenek, zrobionych gdzieś na boku. Ich przebojowy szlif jest najważniejszy, stąd nośnych melodii jest na debiucie nowej formacji sporo. Dead By Sunrise w okazałym i niezłym składzie nagrała płytę na rockową balangę, i z wydarciem, i z riffem, ale i ze ściskającymi dziewczęce serducha balladami, kliszami jakich na rynku wiele. Co ważne z niezbyt obszernym materiałem, bo jak wiadomo dziś w epoce iPodów młodzież - a nie wątpię że do niej adresowany jest ów album - nie potrafi skupić się na słuchaniu całej długiej płyty. Stąd krótkie formy i cała masa utworów poniżej 3 minut. Niektóre blade (banalna melodyka "Too Late" może zabić), a inne fajnie zaczepne ("Crawl Back In"). Nie ma tu jednak muzycznej wolty, takiej sprawiającej byśmy chcieli Dead By Sunrise słuchać równie bardzo jak nowej muzyki Linkin (przynajmniej kilka lat wstecz). Owszem nie ma rapowania Shinody, co sprawia że zawartość "Out Of Ashes" jest bardziej zachowawcza i kojarzy się z akademickim graniem przedstawicieli tak zwanego amerykańskiego college rocka. A to kłania się Dishwalla, a to Third Eye Blind, a to Everclear. Tylko czasem mogą zawojować coś z innego pola, szczególnie gdy kompozycje nabierają wyrazu w cięższym wydaniu, jak punkowo-hardcore'owa werwa w "My Suffering". Za to już w "Inside of Me" szansonistyczny refren niweczy skutecznie wysiłki sekcji rytmicznej i zdzierającego gardło na próżno Chestera. A może się czepiam, bo to też ma być hit, a wtedy musi być zaczepnie a nie mocno? Szkoda że w tym dążeniu do podbijania list przebojów niewiele mamy niewykalkulowanego emocjonującego rocka, a więcej czerpania z prostych emocji słuchaczek ("Give Me Your Name"). Uderzenia jest wszak całkiem sporo, a i możliwości instrumentalistów duże. Weźmy nieco mansonowski "Condemned" szalony w swej rytmice, ostro ciosany i z prawdziwym klasycznie brzmiącym riffem, a nie tylko rytmicznym grzaniem. Gdzieś po drodze mielą oni jednak zbyt wiele elementów, a główna muzyczna myśl się gubi, szczególnie gdy do głosu dochodzą programowane rytmy i syntezatorowe plamy jak w "Let Down", które upodabniają ten soczysty rock do produkcji z innej (tanecznej półki). Takie raczej toporne nowinki są na płycie największym zgrzytem (sprawdzają się chyba tylko w "End Of The World"). Druga strona medalu to rzeczy bardzo oczywiste, których śpiewanie chyba nawet nie pasuje do ludzi w wieku Benningtona, chyba ze poczuł się w Dead By Sunrise o 10 lat młodziej (przewidywalny i nudny "Walking In Circles", nieznośny patos w "In The Darkness", chociaż tu mamy ciekawe wycieczki rytmiczne). Mam wątpliwości czy solowa twórczość głosu LP zainteresuje innych niż tylko oddani fani, bo tylko pozornie dostajemy przecieranie nowych szlaków. Tym samym autorzy skazują płytę na los wydawnictwa, do którego nie ma po co wracać. 5/10
|
|
| | |
|
|