
No Limits wracają z nowym singlem „Neonem być” i zapowiedzią albumu, który ukaże się jesienią. Zespół, który na początku lat 90. nagrał album „No Movie Soundtrack”, znów spotyka się w mocnym, żywym składzie: z sekcją dętą, instrumentami akustycznymi i charakterystycznym głosem Ani Męczyńskiej. O powrocie do źródeł, pracy nad głosem, niechęci do muzycznego formatowania, neonach, elegancji i płycie, która ma zabrzmieć jak prawdziwy zespół, opowiadają Ania Męczyńska i Maciej Łyszkiewicz.
No Limits wraca czy No Limits cały czas było, tylko trochę poza głównym kadrem?
Maciej Łyszkiewicz: Początki No Limits to jeszcze końcówka lat 80. Chodziliśmy wtedy do szkoły muzycznej w Gdańsku-Wrzeszczu, tej samej, do której wcześniej uczęszczali między innymi Czesław Niemen i Seweryn Krajewski. Tam poznałem muzyków, z którymi później grałem, na czele z Anią Męczyńską. Potem przyszedł początek lat 90. i nasz pierwszy album „No Movie Soundtrack”.
To była płyta wydana jeszcze w takim momencie przejściowym: na winylu, CD i kasecie. Dziś brzmi to prawie jak luksusowy pakiet kolekcjonerski, ale wtedy po prostu tak się jeszcze wydawało muzykę. No Limits grało później w różnych konfiguracjach, były inne projekty, inni wokaliści, była płyta „Angela”, była współpraca z Agnieszką Rasalską i Robertem Łodzińskim. Ale w pewnym momencie poczułem, że chcę wrócić do korzeni. Do tego pierwszego brzmienia. Do energii, od której wszystko się zaczęło.
I ten powrót zaczął się od telefonu do Ani?
Maciej Łyszkiewicz: Tak. Był koncert jubileuszowy i zaprosiłem Anię, żeby zaśpiewała kilka piosenek. Wiedziałem, że to nie będzie dla niej decyzja z kategorii: „jasne, wpadajmy, śpiewamy i po sprawie”. Ania miała swoje życie, swój zawód, swoje projekty. Od lat działała z sukcesami w świecie filmu, serialu, kostiumu, mody. Mieszkała w Warszawie, my byliśmy trójmiejscy, więc dochodziła też logistyka.
Ale przyjechała. Zaśpiewała świetnie. A później pojawiła się myśl, żeby nie kończyć na wspomnieniu, tylko nagrać coś razem. Tak powstał album „Gdynią oddychasz”, na którym Ania po raz pierwszy napisała teksty do mojej muzyki. A potem, po kilku latach, postanowiliśmy nagrać trzy nowe piosenki. Te utwory trafiły do Agencji Muzycznej Polskiego Radia, spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem i tak zaczęła się droga do nowej płyty.
Aniu, dla Ciebie powrót do śpiewania był trudny?
Ania Męczyńska: Były wątpliwości. Oczywiście, że były. Ja przez lata nie śpiewałam regularnie. Zajęłam się inną dziedziną sztuki, pracowałam przy filmach, serialach, produkcjach modowych. I nagle Maciek dzwoni, że jest jubileusz, że może bym przyjechała i zaśpiewała.
Pomyślałam: dobrze, skoro to do mnie przyszło, to znaczy, że może mam się z tym zmierzyć. Nawet za cenę porażki. Bo przecież mogło się okazać, że ten głos już się nie nadaje, że to już nie jest ten moment, że lepiej zostawić wspomnienia w spokoju.
Ale kiedy wyszłam na scenę, każda komórka mojego ciała przypomniała sobie, że ja już tam kiedyś byłam. I że to jest część mnie. Nie hobby. Nigdy nie traktowałam śpiewania jako hobby. Po latach zrozumiałam, że to jest absolutnie integralna część mnie.
Maciej Łyszkiewicz: Ja tylko dodam, że pierwszy koncert z Anią to był pokaz siły charakteru i profesjonalizmu. Dostała materiał kilka dni przed koncertem, spotkała się z nami na jednej czy dwóch próbach i weszła na scenę przygotowana. To było coś, co pamiętam do dziś.
Po takiej przerwie wraca się z tremą czy z motylami w brzuchu?
Ania Męczyńska: Z jednym i drugim. Nie ma czegoś takiego, że coś zostało dane raz na zawsze. Głos to instrument. Najdoskonalszy, bo z ciała, z wrażliwości, z duszy, ale jednak instrument. Trzeba go ćwiczyć, znać, rozumieć, kochać i się z nim zaprzyjaźnić.
Od lat chodzę regularnie na lekcje śpiewu, dykcji, interpretacji. Pracuję nad głosem, bo nie chciałam wrócić i „popiskiwać jak myszka”. Ci, którzy pamiętają No Limits sprzed lat, mieli prawo oczekiwać jakości. A ja nie chciałam ich zawieść.
Momentami mam nawet wrażenie, że śpiewam lepiej niż kiedyś. Głos się starzeje, oczywiście, ale jeśli się o niego dba, może mieć w sobie coś, czego dawniej nie było: świadomość, spokój, doświadczenie.
A był moment, kiedy ten głos Cię zawiódł?
Ania Męczyńska: Tak. Rok temu straciłam głos w wyniku choroby. I to było bardzo mocne doświadczenie. Nagle okazało się, że coś, co wydawało mi się oczywiste, po prostu znika. Po raz pierwszy w życiu musiałam odwołać koncert, bo nie byłam w stanie mówić, a co dopiero śpiewać.
To było trudne, ale też bardzo ważne. Uświadomiłam sobie jeszcze mocniej, że głos to nie jest wtyczka, którą można wyjąć, włożyć i wszystko działa. To jest coś żywego. Trzeba o to dbać.
Maciej Łyszkiewicz: My w No Limits nigdy nie zabieramy kobietom prawa do głosu, więc jeśli Ania powiedziała, że nie może mówić, to poczekaliśmy, aż będzie mogła.
No Limits kiedyś było ogromnym zespołem. Dzisiaj też raczej nie idziecie w wersję ekonomiczną.
Maciej Łyszkiewicz: Kiedyś było nas piętnaście osób. Dziś gramy w składzie ośmio-, dziewięcioosobowym, więc można powiedzieć, że z No Limits zrobiło się trochę „Limits”, ale nadal jesteśmy dużym zespołem. I to jest świadome.
Sekcja dęta to nasz znak firmowy. Mamy saksofony, trąbkę, instrumenty perkusyjne, gitarę, bas, perkusję, fortepian i głos Ani. Na nowej płycie grają między innymi Robert Dobrucki, Patrycja Tępska, Adam Skrzypkowski, Sławek Rodrigues-Poremski, Grzegorz Mijewski, Maciej Bogusławski i Sławek Czarnata. Bardzo zależało mi na tym, żeby to była muzyka grana przez prawdziwych ludzi. Żeby brzmiała naturalnie. Żeby to, co nagrywamy w studiu, dało się później zagrać na koncercie właściwie jeden do jednego.
Czyli żadnego ścigania się z modą?
Maciej Łyszkiewicz: Nie mam takiej potrzeby. Jestem przeciwnikiem formatowania wszystkiego. Dziś często słyszę: utwór powinien trwać dwie i pół minuty, nie powinno być solówek, saksofon może kogoś odstraszyć, wszystko musi być pod algorytm. A ja mówię: nie róbmy takich rzeczy.
Mamy świetnych muzyków, mamy sekcję dętą, mamy Anię, która śpiewa z charyzmą. Dlaczego mielibyśmy udawać kogoś innego? Po co mamy używać tych samych brzmień, z których korzysta pół świata? Ja lubię, kiedy po kilku dźwiękach wiadomo, że to jest konkretny zespół. Dire Straits było Dire Straits, Pink Floyd było Pink Floyd. Nikt wtedy nie chciał brzmieć tak samo jak wszyscy.
Ania Męczyńska: A ja czasem chciałam więcej elektroniki.
Maciej Łyszkiewicz: Tak, Ania chciała więcej elektroniki, więcej funky, a ja patrzyłem takim spojrzeniem łabędzia i mówiłem: zobaczymy.
Ania Męczyńska: Ale przyznaję, że Maciek ma rację w jednym: jeśli mamy zespół z takimi muzykami, to grzechem byłoby z nich nie korzystać. To jest żywa energia. A ja bardzo wierzę w energię człowieka na scenie. Można mieć wielkie show, światła, ekrany, choreografię, ale jeśli nie ma w tym człowieka, to mnie to mniej interesuje. Ja chcę poczuć, że ktoś naprawdę dla mnie śpiewa.
Nowy singiel to „Neonem być”. Co to za piosenka?
Maciej Łyszkiewicz: Muzyka powstała wcześniej, ale Ania napisała do niej nowy tekst i wtedy utwór naprawdę stał się nasz. Stylistycznie to dla mnie pop z elementami bossanovy, trochę funky, trochę gitarowo-dęciakowego grania. Taki utwór, który buja, ale ma też elegancję.
Ania Męczyńska: Ten tekst jest o nocy, o mieście, o oczekiwaniu. O tym momencie, kiedy wychodzi się w miasto i wszystko jeszcze może się wydarzyć. Może spotkanie, może miłość, może tylko dobra energia, ale jest w tym obietnica. Neony zawsze mnie fascynowały. Są ozdobą miast, ale też czymś więcej. One coś komunikują. Zapraszają, uwodzą, czasem kłamią, czasem obiecują. A ja jestem kobietą-sroką. U mnie zawsze coś musi się świecić. Więc ten neon jest mi bardzo bliski.
Maciej Łyszkiewicz: Niektórzy są jak światła mijania, a Ania jest jak piękny neon.
W tym powrocie ważna jest też strona wizualna. Aniu, Ty nie tylko śpiewasz, ale też odpowiadasz za wizerunek zespołu?
Ania Męczyńska: Tak, podjęłam się prowadzenia wizualnego No Limits. To dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie, bo przez lata pracowałam jako kostiumolożka, przy filmach, serialach, z aktorami, artystami, osobami publicznymi. Patrzyłam na ludzi, którzy lśnią, bo mają w sobie światło, i na takich, którym trzeba pomóc to światło wydobyć.
W przypadku No Limits ważne jest dla mnie, żeby obraz był spójny z muzyką. My zawsze byliśmy trochę eleganccy. Graliśmy muzykę, o której mówiono, że jest elegancka. Więc nie chodzi o przebranie zespołu za coś modnego, tylko o pokazanie tego, kim jesteśmy.
Maciej Łyszkiewicz: Ja jestem bardzo wdzięczny, bo ostatnio Ania powiedziała: „Maciej, podaj mi tylko rozmiar buta, a ja zadbam, żebyś wyglądał jak człowiek”. I człowiek od razu czuje ulgę, że ktoś kompetentny przejął sprawy, na których on się kompletnie nie zna.
Nowa płyta będzie bardziej sentymentalna czy energetyczna?
Maciej Łyszkiewicz: Jedno i drugie. To nie jest płyta tylko o zabawie, chociaż energia jest bardzo ważna. Jesteśmy po różnych doświadczeniach. Każdy z nas ma za sobą wzloty, upadki, sukcesy, porażki, momenty dobre i te mniej dobre. I to słychać.
Wybraliśmy dziewięć piosenek i jeden utwór instrumentalny. Będą różne stylistyczne podróże: pop, bossa, funk, trochę bluesa, trochę soulu, może lekko swingowe rzeczy. Pojawią się też ważni autorzy. Będzie tekst Marka Dutkiewicza, będzie jedna piosenka z tekstem Agnieszki Osieckiej, napisanym przed laty dla mnie. Gościnnie pojawi się również Urszula Dudziak, z którą miałem już okazję współpracować.
Czyli z jednej strony powrót do brzmienia No Limits, a z drugiej nowy rozdział?
Maciej Łyszkiewicz: Dokładnie. Nie chcemy udawać, że mamy znowu po dwadzieścia parę lat. To byłoby śmieszne, i to w złym sensie. Ale chcemy korzystać z tego, co było w No Limits najlepsze: żywe instrumenty, sekcja dęta, energia zespołu, różnorodność, głos Ani. Do tego dochodzi doświadczenie, którego kiedyś nie mieliśmy.
Ania Męczyńska: I większa świadomość. Kiedyś człowiek po prostu szedł, śpiewał, działał. Teraz bardziej wie, po co to robi. Ja czuję wdzięczność, że mogę znów spotykać się z publicznością i z tym zespołem. Zespół pracuje na mnie, ja pracuję na zespół. Kiedy to się dzieje naprawdę, to na scenie czuć coś, czego nie da się podrobić.
Kiedy usłyszymy całą płytę?
Maciej Łyszkiewicz: Cyfrowa premiera albumu planowana jest na wrzesień. Bardzo zależy nam też na fizycznym wydaniu, dlatego winyl powinien ukazać się w styczniu 2027 roku. Wcześniej będą trzy single i trzy teledyski. No i koncerty. 10 września zagramy w Studiu im. Agnieszki Osieckiej przy Myśliwieckiej, co będzie dla nas bardzo ważnym momentem zapowiadającym album.
Tytuł płyty już jest?
Maciej Łyszkiewicz: Dyskutujemy. Były różne pomysły. Ja miałem nawet koncepcję, żeby nazwać ją „Planeta poranionych ludzi”, oczywiście po angielsku, bo po angielsku wszystko brzmi poważniej.
Ania Męczyńska: Ale potem ludzie przyjdą na koncert i będą szukać tych poranionych ludzi. (śmiech)
Maciej: Wciąż szukamy. Ale chcemy, żeby tytuł naprawdę pasował do tego, co jest na tej płycie ważne: muzycznie, tekstowo i emocjonalnie.
Na koniec: czym dziś jest No Limits? Powrotem, kontynuacją, nowym początkiem?
Maciej Łyszkiewicz: Chyba wszystkim po trochu. Wracamy do źródeł, ale nie po to, żeby odtwarzać przeszłość. Chcemy grać muzykę, która jest nasza. Bez kalkulacji, bez udawania, bez ścigania się z trendami.
Ania Męczyńska: Dla mnie to jest spotkanie. Z Maćkiem, z zespołem, z głosem, z publicznością i z samą sobą. Może właśnie o to chodzi w tym „Neonem być”: żeby nie świecić cudzym światłem, tylko swoim. Nawet jeśli czasem trochę mruga.
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał Paweł Trześniowski
